Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emilia Walczak. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Emilia Walczak. Pokaż wszystkie posty

czwartek, 17 marca 2011

Bolączki mieszkanki Jarów

Od przeszło roku mieszkam na Jarach. Od czterech miesięcy mam psa. Od jakiegoś czasu chodzimy na spacery do parku Księżycowego. Fajne miejsce, pomyślałam ostatnio. Zróżnicowany krajobraz, faktycznie: iście „księżycowy”. Staw. Jest boisko do kosza i stół do ping-ponga na stałe. Na wiosnę będzie gdzie spalać kalorie. Jest też plac zabaw dla dzieci, z kolorowymi drewnianymi urządzeniami przeróżnymi – czymś w rodzaju toru przeszkód. Huśtawki. Słowem, miejsce przyjazne. Aż pewnego ranka dokonałam tam odkrycia makabrycznego. W parku ktoś zorganizował sobie ognisko, a jako podpałka posłużyła mu… część urządzeń z placu zabaw i opony samochodowe, pierwotnie zapewniające bezpieczeństwo przy zabawach na huśtawkach. Zdjęcia poniżej.


Zastanawiam się, jak można coś takiego zrobić dzieciakom. Czy istotnie tor przeszkód komuś… przeszkadzał? I jak to jest, że ktoś spokojnie „bawił” się przy tym ognisku? Gdzie byli wtedy stróże prawa? No cóż, zostawmy to, patrolu policji czy straży miejskiej NIGDY na Jarach nie widziałam. Patrolowanie okolic Zespołu Szkół Mechanicznych mogłoby wszak być dość ryzykowne. Ale przecież wokół parku są domy – czy NIKT NIC nie widział? Społeczeństwo obywatelskie? Ekhm, a co to takiego? Kiedy mieszkałam na Wyżynach, nieraz smutno konstatowałam: mieszkańcy i mieszkanki tego osiedla mają wszystko „gdzieś. Ale mieszkańcy i mieszkanki Jarów mają wszystko najwyraźniej DOKŁADNIE TAM. Dodatkowo świadczy o tym niedawna wiadomość o problemach z wyłonieniem Rady Osiedla Wilczak-Jary, wynikających z braku chętnych do zasiadania w niej. Cóż, to nie rada miasta, tu nikt diety radnego nie dostanie (z wyjątkiem przewodniczącego rady). Po cóż więc się starać, po co robić cokolwiek…

No, zobaczymy, jak to z tą radą osiedla i samym osiedlem będzie. Póki co, wybieram się na konsultacje społeczne na temat: Czy jesteś za celowością powołania Rady Osiedla Wilczak-Jary? Ciekawe, czy ktoś jeszcze oprócz mnie przyjdzie…

Cdn.

Emilia Walczak

wtorek, 8 marca 2011

Chcemy równości płci. W Bydgoszczy też!

Stanowisko koła bydgoskiego Zielonych 2004
z okazji Międzynarodowego Dnia Kobiet

W związku ze zbliżającym się Międzynarodowym Dniem Kobiet bydgoskie koło partii Zieloni 2004 pragnie zwrócić uwagę mieszkanek i mieszkańców Bydgoszczy na temat nierówności między kobietami i mężczyznami w naszym mieście oraz zaapelować do prezydenta i Rady Miasta Bydgoszczy o pilne podjęcie działań zmierzających do poprawienia tej sytuacji.

Równość płci jest gwarantowana w Polsce przez art. 33 Konstytucji Rzeczpospolitej Polskiej, który stanowi w pierwszym punkcie: „Kobieta i mężczyzna w Rzeczypospolitej Polskiej mają równe prawa w życiu rodzinnym, politycznym, społecznym i gospodarczym”. Niestety, przyjmujemy z ubolewaniem, że równość ta kończy się jedynie na gwarancjach, które nie są respektowane przez państwo, w tym władze bydgoskiego samorządu lokalnego.

Sytuacja kobiet jest gorsza niż sytuacja mężczyzn, a nierówności społeczne narastają – feminizacja ubóstwa powoduje, że i tak postawione w gorszej sytuacji kobiety cierpią jeszcze bardziej. Brak odpowiedniej reprezentacji politycznej kobiet dodatkowo utrudnia podjęcie działań, które mogłyby zmienić tę sytuację.

- Chcemy, aby władze Bydgoszczy zauważyły ten problem – mówi Paweł Fischer-Kotowski, przewodniczący koła bydgoskiego Zielonych 2004. – Chcemy, żeby w końcu także nasze miasto zaangażowało się w działania zmierzające do wyrównania sytuacji kobiet i mężczyzn. Bydgoszcz nie jest wyspą i ten problem dotyczy także nas, podczas gdy władze miasta zachowują się, jakby nie istniał. Oczekujemy konkretnych deklaracji od radnych i prezydenta.

- W ubiegłym roku w okolicach Dnia Kobiet lokalne media podniosły temat parytetów płci na listach wyborczych, wówczas jeszcze dosyć „świeży”. Odpowiedzią ze strony ówczesnej ekipy rządzącej był wywiad udzielony bodajże „Expressowi Bydgoskiemu”, okraszony wesołym zdjęciem uśmiechniętych polityków i polityczek, mówiących, że parytety nie są potrzebne, wszystko jest super, a w ratuszu i tak jest u nas więcej pań, więc o co chodzi. Od nowych władz miasta oczekiwalibyśmy jednak czegoś więcej. To dobry moment, by pomówić o zmianach, oczywiście mam na myśli rozmowę uwzględniającą partycypację społeczną, a nie odbytą w zaciszu gabinetów. Dobrze było by zaprosić do rozmów również lokalne organizacje zajmujące się kwestiami równościowymi – mówi Emilia Walczak, przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004.

Dlatego domagamy się, aby:
- Rafał Bruski, Prezydent Miasta Bydgoszczy, powołał, w porozumieniu ze środowiskiem organizacji pozarządowych oraz mieszkankami i mieszkańcami miasta, pełnomocnika lub pełnomocniczkę ds. równego traktowania – osobę, która będzie stała na straży równości w naszym mieście i która doprowadzi do sytuacji, w której zasada równości płci jest przestrzegana w Urzędzie Miasta Bydgoszczy;
- Rada Miasta Bydgoszczy przyjęła Europejską Kartę Równości Kobiet i Mężczyzn w Życiu Lokalnym, opracowaną i zalecaną przez Radę Gmin i Regionów Europy, oraz działała zgodnie z jej zapisami, m.in. promując udział kobiet w życiu publicznym i dbając o to, by środki publiczne były wydawane z uwzględnieniem specyficznych potrzeb kobiet i mężczyzn;
- opracowano, poprzedzony konsultacjami społecznymi, Równościowy Plan Działania.

Zieloni 2004 – koło bydgoskie

Projekt kartki: Grzegorz Laszuk

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Polowanie na czarownice: wieszają psy. Felieton przewrotny

Ostatnio zauważyłam u siebie takie, powiedzmy, zjawisko. Szybko nadmienię, iż słowo „zjawisko” odnajduję tu jako najbardziej adekwatne do zaistniałej sytuacji - chciałam z początku napisać „prawidłowość”, lecz nie wiem, czy nie mam w tym miejscu do czynienia raczej z pewną nieprawidłowością; aberracją, zwyrodnieniem. A chodzi o przyczepność. A raczej jej brak, tudzież postępujący zanik, objawiający się na dwu płaszczyznach (choć, przyznam, tu również nie mogę mieć żadnej pewności co do tego, czy nie chodzi raczej o jakąś równię pochyłą, w niewiadomym kierunku pochyloną, niżeli płaszczyznę horyzontalną, jaką P.T. Czytelnik miał zapewne przed chwilą przed oczami). Znaczne osłabienie przyczepności na płaszczyźnie (równi pochyłej) fizycznej, jakiego ostatnio boleśnie doświadczam, skutkuje u mnie tym, że dość często się przewracam, także w miejscach publicznych - co, zdaje się, zamortyzowało w końcu tezę wygłaszaną od lat przez rodzinę i znajomych: o moim niezrównoważeniu. To rzutuje, te fizyczne przewrotki, na płaszczyznę (równię; nie mylić z równowagą) psychiczną. A może raczej psychologiczną. Summa summarum, zmagać przyszło mi się ostatnio z własną psychofizyczną przewrotnością, poprzedzoną słabą przyczepnością. Nieczepianie się na płaszczyźnie (równi; bla, bla) psychologicznej zastąpione zostało u mnie znienacka zjawiskiem wtykania szpilek w najbardziej newralgiczne punkty sumienia moich adwersarzy (w przypadku odrzucających tezę o istnieniu wewnętrznego głosu nawołującego do zwykłej ludzkiej przyzwoitości, szpilki wtykam pomiędzy ich zwoje mózgowe, jeśli tylko uda mi się je odnaleźć). Zatem zaznaczam raz jeszcze, dla jasności sytuacji: nie czepiam się, bynajmniej. Próbuję zaledwie akupunktury - która i tak nie stanowi pełnoprawnej metody leczniczej, więc zapewne na niewiele zdadzą się te moje tu próby uzdrowienia sytuacji, związanej z...

No właśnie. Cała sprawa może wydać się dość śmierdząca. Przy czym źródło brzydkich zapachów jest zupełnie gdzie indziej, niż się wszystkim może zdawać. A zdawać się może, bo ktoś z góry wielkim palcem wskazał winnego, wroga. Według Wielkiego Palca winne i wrogie są psy. No i walka z psimi kupami na całej linii trwa. Ale polega ona głównie na zrzędzeniu, czepianiu się: śnieg stopniał i wyszły na wierzch bogate pokłady kup; to nie psy, to świnie, a fe. I: co za okropni niesprzątający po swoich czworonogach właściciele; to nie ludzie, to wilki, tfu, tfu. A ja widzę na ulicy, zaraz gdy wyjdę z domu, także opakowania po chipsach, sporych gabarytów części samochodowe, jak przedni zderzak czy reflektor, pozostałości po sylwestrowych fajerwerkach, choć już luty za progiem, jakieś szmaty, butelki, zużyte prezerwatywy. Nie, nie mieszkam na wysypisku śmieci, przynajmniej nie w ścisłym znaczeniu tych słów. A więc: czy tylko sprawa kup wyszła na wierzch spod śniegu? No, chyba nie. Tyle że zamiast sięgnąć do faktycznego źródła problemu, czyli braku kultury osobistej naszego społeczeństwa (że tak to szumnie określę) i do słabej jego edukacji w kierunku ekologicznym, projektanci opinii publicznej polują na czarownice. Zamiast wetknąć szpilkę w sumienie społeczeństwa, czepiają się psiego ogona. Ja radzę: plwajmy na tę skorupę kup i zstąpmy do głębi problemu. Jasne, że niesprzątanie po psach jest be, ale śmiecenie też - a o tym się nie trąbi. Potraktujmy sprawę ogólniej, żeby nie rzec: całościowo, kompleksowo.

Mój pies w trakcie spacerów ostatnio strasznie się stresuje, bo mijający nas przechodnie spoglądają w naszym kierunku spode łba, jako na źródło wszelkiego zła, epidemii AH1N1 oraz dziury ozonowej. Głowę dam, że gdyby projektanci opinii publicznej uczynili propagandową akcję skierowaną przeciwko, na przykład, gumom do żucia poprzylepianym do chodników, tak samo spode łba patrzono by na żujących gumę w miejscach publicznych. Etc., etc. Istna psychoza strachu.

Że tak już dosadnie na koniec to określę: Wielki Palec zaczął od pupy strony. W dodatku psiej. A psy są tu akurat Bogu ducha winne.

Emilia Walczak, przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004

wtorek, 21 grudnia 2010

Do trzech ślubów sztuka? Baba-jaga odpowiedzi szuka

Dzień 6 grudnia A.D. 2010 był nie tylko doroczną okazją do pastowania butów pod Mikołaja. Był też dniem, kiedy dwie Polki, Ewa Tomaszewicz i Małgorzata Rawińska, wzięły podniebny ślub na pokładzie samolotu linii SAS, podczas lotu ze Sztokholmu do Newark. Bezprecedensowe? Że kobiety i że Polki - nie do końca (ale o tym dalej). Fajne? No ba, wszak wiadomo, że najfajniejsze rzeczy dzieją się gdzieś „pomiędzy”, pomiędzy prawami i porządkami, na ziemiach niczyich, a głównie to w strefach bezcłowych (coś o tym wiem, choć niewiele pamiętam). Oczywiście w rzeczywistości takie miejsca niczyje nie istnieją, ale w sferze symbolicznej - już tak. A więc: symboliczne i znaczące? Tak. A jak ten symboliczny potencjał wykorzystamy i czy uda nam się kiedyś jego znaczenie przełożyć na rzeczywistość? Pożyjemy, zobaczymy. Wierzę, że tak. Inaczej bym tego wszystkiego nie pisała, a wzięła się za lepienie pierogów.
Oto trzy historie, sześć kobiet i szereg pytań bez odpowiedzi.

X i Y

Nie chodzi tu bynajmniej o relację dwóch chromosomów, niemniej zmuszona jestem, pod naporem polskiego status quo, używać tych literowych symboli, ponieważ osoby, o których będę pisać, po chwilach pięknych przeżytych w trakcie ślubu, przeżyły też wiele przykrych sytuacji i nie chcą dziś, aby szastać ich danymi personalnymi. Nadal bowiem zbierają się po wydarzeniach, które tu krótko i jak najdyskretniej przytoczę.

Rzecz miała się tak:
W sierpniu 2008 roku w Warszawie odbył się pierwszy w Polsce ślub dwóch kobiet - naszych X i Y właśnie. Ceremonia ta posiadała dwa wymiary - był ślub zarówno o charakterze religijnym (kościelny - został udzielony przez prezbitera Reformowanego Kościoła Katolickiego), jak i „areligijnym” (tzw. ślub humanistyczny, pod „patronatem” Polskiego Stowarzyszenia Racjonalistów). I wszystko byłoby OK, gdyby faktu sztucznie, i w sposób mający niewiele wspólnego z etyką dziennikarską, nie rozdmuchał... „Fakt”. Agnieszka Sakowicz w numerze tegoż dziennika z 4.08.2008 zamieściła swój „szokujący” reportaż zatytułowany: „Szok! Lesbijki wzięły ślub!”. Fakt! Mój szok był wielki, gdy przeczytałam te tendencyjne banialuki, lecz jeszcze większe zdziwienie musiało ogarnąć prezbitera RKK, który trafił na okładkę wraz z dziewczynami. A te, jednego dnia wiszące na wszystkich kioskach w kraju - rozpoznane - od tej chwili zaczęły być mocno szykanowane. Poziom dyskursu wspomnianego artykułu był tak niski, że niżej leży i kwiczy już tylko mowa nienawiści, toteż nie schylajmy się po cytaty. Powiem tylko tyle: nie wiem, ilu musiałoby żyć i tworzyć Heinrichów Böllów, ile napisać „Utraconych czci Katarzyny Blum”, żeby brukowce się opamiętały...

Ania i Greta

11 września 2010 roku był nie tylko dniem dziewiątej rocznicy ataków terrorystycznych w Stanach Zjednoczonych. Był też dniem kolejnego ślubu dwóch Polek. „Sobotni ślub w Żelazowej Woli nieopodal dworku Chopina to obyczajowy precedens i pierwsze takie wydarzenie w Polsce [no i błąd...]. Ania i Greta pozują na parę hetero, ale nią nie są. Wbrew społecznym pozorom to dwie kobiety: Greta, 36 lat - lesbijka, od lat w organizacjach pozarządowych, Ania, 37 - trans, inżynier z dobrą posadą” - donosiła „Gazeta Wyborcza”. Autorami artykułu byli Marta Konarzewska i Piotr Pacewicz - ci sami, którzy wydali niedawno, nakładem wydawnictwa „Krytyki Politycznej”, fenomenalne i rewolucyjne Zakazane miłości - zbiór wywiadów z osobami spoza polskiej heteropatriarchalnej „normy”. I właśnie tam znajdziemy obszerny wywiad z dziewczynami, do którego w tym miejscu odsyłam. Wspomnę tylko, że Ania jest formalnie mężczyzną i (przynajmniej póki co) nie zamierza tego zmieniać - a więc dziewczyny nie muszą się borykać z żadnymi problemami natury prawnej (sic!). Może dlatego właśnie planują jeszcze ślub humanistyczny, jaki zawarły X i Y, w którym to nie „oficjalna” płeć gra rolę wiodącą, a człowiek i to, kim się czuje, co sobą reprezentuje. Nie pozostaje mi w tym miejscu nic innego, jak tylko zaskandować: „Żądamy ustawy o związkach partnerskich!!!”. Po czym rozkładam bezradnie ręce, bo z jednej strony życie, a z drugiej prawo, a między nimi dźwiękoszczelne lustro fenickie (przy czym wiadomo, że to życie jest tu najlepszym świadkiem w sprawie, a prawo jest podejrzane, to znaczy - podejrzanym, i życia nie widzi).

Gosia i Ewa

„Mimo że w Polsce ślub udzielony przez szwedzkiego urzędnika nic nie znaczy, do konkursu przystąpiło aż kilkadziesiąt »naszych« par. Warszawę reprezentowały Ewa Tomaszewicz i Małgorzata Rawińska. Są ze sobą od pięciu lat, mieszkają razem, mają psa i dwa koty” - pisała o - dziś już wiemy, że zwycięskich - uczestniczkach konkursu skandynawskich linii lotniczych SAS „Love is in the Air” Magdalena Dubrowska w „Gazecie Wyborczej”. O tym, że w Polsce para heteroseksualna nie musiałby legitymizować się pięcioletnim stażem oraz przydatkami w postaci dwóch kotów i psa, aby móc zawrzeć związek małżeński, wiemy wszyscy. Wszyscy wiemy też, że para nieheteroseksualna również by nie musiała - tyle że tej nikt by o to w ogóle nie pytał.

Część z nas wie, że ślub Gosi i Ewy miał przede wszystkim wymiar symboliczny. I część z nas zastanawia się i pyta, czy została już przekroczona pewna „masa krytyczna” i kiedy doczekamy się możliwości zawierania związków partnerskich. Szukam odpowiedzi już teraz, bo być może do trzech ślubów sztuka.

Ale, ale - ja tu szukam odpowiedzi, a tymczasem policja szuka zaginionych dzieci, które wyszły z domu pod nieuwagę nieodpowiedzialnych, pijanych (heteroseksualnych, no bo jakich innych?) rodziców, których nikt nigdy o nic nie pytał.

Emilia Walczak
Tekst pochodzi z serwisu Feminoteka.pl

czwartek, 18 listopada 2010

Jestem kobietą, więc startuję


Joanna Szweda, Krytyka Polityczna: Co skłoniło cię do wzięcia udziału w wyborach do Rady Miasta Bydgoszczy?

Emilia Walczak*: Obserwuję kwestię wyborów samorządowych od dawna, od frontu i zza kulis, i wszędzie widzę poklepujących się po plecach facetów, każdy każdemu coś załatwia w zamian za coś, i tak wzajemnie się adorują w kółko. Tak wygląda bydgoska arena „polityczna”. Nawet jeżeli w wyborach startują moi rówieśnicy, koledzy z podstawówki czy liceum, to i tak zaczynają mieć wymalowane na twarzy kolesiostwo. Ruszyłam do wyborów, bo jestem kobietą, bo chcę, żeby było nas więcej na szczeblach decyzyjnych, żeby polityka miała bardziej cywilizowaną twarz (śmiech). Oczywiście nie mam tu na myśli rozwoju sytuacji à la „Ja, prezydenta” Hanny Samson. Marzy mi się po prostu równowaga. No i równość szans, ale to dopiero musimy sobie my, kobiety, wywalczyć, żeby łatwiej było siostrom w przyszłości. Tak, jestem feministką i nie boję się do tego przyznawać publicznie. Jeśli trzeba będzie, przyznam się też do innych rzeczy (śmiech).

Co chcesz zmienić?

Oblicze polityki – to po pierwsze. Jeśli uda mi się przyczynić do tego, że nasza lokalna polityka będzie miała twarz bardziej ludzką, to będzie to naprawdę wiele. Nie chciałabym jak mantry powtarzać postulatów wyborczych ludzi związanych z młodą lewicą, jak przedszkola, żłobki, ogródki jordanowskie, wspólna przestrzeń, wspieranie inicjatyw służących budowaniu społeczeństwa obywatelskiego, pełnomocnik do spraw równego traktowania, ścieżki rowerowe, tani i bezpieczny transport publiczny. Ale tak się składa, że nie są to postulaty wyssane z palca albo z jakiegoś innego organu, ale te realne potrzeby mieszkańców. Zapewne nie wszystkich, bo ktoś chciałby więcej „orlików”, ktoś inny, żeby więcej kasy z Unii wyciągać na infrastrukturę drogową – ale to już się dzieje. Czas usłyszeć innych: samotne kobiety z dziećmi, ludzi gorzej sytuowanych, mniejszości seksualne. Lista tych grup i ich potrzeb jest znacznie dłuższa. Na miarę możliwości chciałabym pomagać te potrzeby spełniać.

Jakie problemy twojego miasta są najważniejsze, najpilniejsze?

Myślę, że właśnie kwestie, o których wspominałam przed chwilą: przedszkola, żłobki itd. Zresztą to nie tylko problem Bydgoszczy. Ale można go rozwiązać na poziomie lokalnym, wypracować jakieś nowe rozwiązania. Jest też sprawa, może nie tak paląca, bo niebędąca jakoś szczególnie „blisko życia”, ale aktualna. Chodzi mi o stan bydgoskiej kultury. Tak się składa, że ukończyłam studia kulturoznawcze i to wciąż skłania mnie do myślenia o tym, jaka jest kultura. A w Bydgoszczy znajduje się ona w jakimś tragicznym instytucjonalnym klinczu, raz ściśnięta w kole wzajemnej adoracji starych wyjadaczy, raz rozszarpywana przez tychże wyjadaczy, którzy, skłóceni, mają swoje własne wizje tego, jak powinna wyglądać „kultura”. Ostatnio jechałam autobusem i zobaczyłam billboard jakiegoś lokalnego polityka, reklamującego się hasłem, że „kultura po pierwsze” czy coś w tym stylu. I już wiedziałam, jaką kulturę pan ma na myśli: kulturę z siwą brodą. Czyli nic nowego. Ja takiej kultury nie chcę.

Emilia Walczak - z wykształcenia kulturoznawczyni (UAM), z powołania aktywistka społeczna. Przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004, członkini Krajowego Sądu Koleżeńskiego. W Bydgoszczy współkoordynuje (wraz z Michałem Schmidtem) działania Klubu Krytyki Politycznej. Członkini Stowarzyszenia Lambda Bydgoszcz. Do Rady Miasta Bydgoszczy startuje z KWW Grażyny Ciemniak (Lista nr 22, Okręg 5, Miejsce 9).

środa, 10 listopada 2010

Miasto to nie firma. Co powie władza?

(Kultura miejska a partycypacja społeczna)

Zaproszona przez Michała Tabaczyńskiego do Teatru Polskiego w Bydgoszczy na konferencję o bydgoskiej kulturze, do bloku tematycznego „partycypacja społeczna”, zaczęłam zastanawiać się, o czym by tu poopowiadać, aby nie utonąć w nic niewnoszących w nasz żywot teoretycznych dywagacjach. Po krótkim namyśle postanowiłam pomówić więc o dobrych praktykach i tym samym zaplanować dla słuchaczy krótką wycieczkę do Berlina i powrót do Bydgoszczy przez Poznań (z ominięciem fragmentów tak zwanej „autostrady|” A2).

Dobra praktyka nr 1: Berlin, Kunsthaus Tacheles


Berlin, Kunsthaus Tacheles (fot. Emilia Walczak, sierpień 2009)


Zbudowany w latach 1907-1908, sławny dziś w środowiskach kultur oporu, budynek przy Oranienburger Straße w Berlinie, początkowo pomyślany był jako dom towarowy. Następnie mieściło się w nim centrum wystawiennicze pewnej niemieckiej spółki teleenergetycznej (wówczas budynek częściowo strawił pożar). Później dzisiejszy Tacheles służył nazistom. Doznał uszczerbków podczas wojen światowych, następnie niszczał, niszczał, niszczał, aż w końcu zaplanowano jego wyburzenie (w tym miejscu miała przebiegać droga). Aż tu nagle, w 1990 roku, na dwa miesiące przed planowaną detonacją, grupa Künstlerinitative Tacheles (Inicjatywa Artystyczna Tacheles) okupuje budynek i... przejmuje go.

Zostaje przeprowadzony remont, wykonana ciekawa aranżacja wnętrza i zewnętrza. Dziś mają tu dla siebie miejsce artyści i aktywiści. Funkcjonują kawiarnia, kino, jest przestrzeń wystawiennicza, miejsce na występy teatralne i performance; są pracownie artystyczne. Będąc w Berlinie, nie można tego miejsca pominąć. Koniec, kropka.

Dobra praktyka nr 2: Poznań, skłot Rozbrat

Latem 1994 roku poznańscy skłotersi zajmują barak przy upadłej hurtowni przy ulicy Pułaskiego. Zakładają coś w rodzaju domu opartego na idei komuny wolnościowej – razem gotują, wspólnie spędzają czas i tak dalej. Wiadomo. Wkrótce, stopniowo, zaczynają podejmować działania mające kreować i wspomagać skłot poprzez działalność zarobkową: organizują koncerty, pokazy filmowe, dyskusje, przedstawienia teatralne, prowadzą bibliotekę i własne wydawnictwo (dziś także gotują obiady dla bezdomnych i prowadzą bezpłatny warsztat rowerowy). Tak powstaje swoiste alternatywne centrum kulturalno-społeczne. Przychodzi jednak czas złowrogi. W listopadzie 2009 roku komornik (kimkolwiek on jest – wyobraźmy sobie w to miejsce np. Andrzeja Chyrę ;-)) postanawia zlicytować obiekt. Początkowo za 6 milionów złotych, następnie za 3,9 (na pierwszą licytację nie stawił się nikt, trzeba było obniżyć stawkę). Skłotersi organizują demonstrację. Stawia się na nią półtora tysiąca poznaniaków. Później drugą, równie liczną, pod hasłem: „Miasto to nie firma. Rozbrat zostaje!”. No i Rozbrat został. Na razie…

Hasło było reakcją na propozycję prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego względem skłotu i skłotersów: lokal zastępczy oraz działalność gospodarcza w ramach trzeciego sektora…

„Zdewastowane szopy bez dachu, jakieś ruiny” – powiedział o zaproponowanym budynku Jarosław Urbański z Rozbratu po wizji lokalnej („Gazeta Wyborcza Poznań” z 17.07.2010)*. Ale bardziej niż szopy razi tu propozycja podłączenia skłotersów-anarchistów do „systemu”. To wynik totalnego niezrozumienia prezydenta Poznania tego, czym jest, czym powinna być różnorodność kulturowa miasta.

Rozbrat to kwestia sporna, na pewno – anarchiści są poza „systemem”, tym samym poza prawem, bezsprzecznie mogą być solą w oku co poniektórych. Ale, jak pokazuje przykład Kunsthaus Tachles, tego typu ostoje kultury niezależnej są w mieście potrzebne (w przypadku Rozbratu: 2 x 1,5-tysięczne demonstracje = co najmniej 1,5-tysięczne zapotrzebowanie). Stanowią jaskrawy punkt na kulturalnej mapie miasta i sprawiają, że możemy mówić o wyżej nadmienionej różnorodności, a nie o jakimś instytucjonalnym szarym monolicie.

Swoją drogą, jak wiemy, wspomniany wyżej prezydent Ryszard Grobelny wsławił się w 2005 roku zakazem Marszu Równości w „swoim” mieście. Marszu Równości, a więc demonstracji, bez której w żadnym wypadku nie możemy mówić o demokracji, i demonstracji będącej publiczną reprezentacją zjawiska „(sub)kultury gejowskiej” – bo coś takiego przecież istnieje, ale o to najlepiej zapytać Michałów Witkowskiego lub Tabaczyńskiego).

I tu powoli klaruje się pytanie natury politycznej o Bydgoszcz: czy, a jeśli tak, to jak mogłoby u nas funkcjonować centrum kultury niezależnej, oparte na idei skłotu na przykład, usytuowane w przejętym pustostanie, jakich jest przecież wiele – nawet w samym centrum miasta (choćby hala, gdzie niegdyś mieścił się klub Propaganda, na bydgoskiej Wenecji). Trawestując słowa piosenki Natalki Kukulskiej: „Co powie władza? (czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, czy nie?)”.

* W miejscu tym w 2008 roku kilkunastoletni chłopak skrępował taśmą bezdomnego mężczyznę. Ten, pozostawiony samemu sobie, zmarł z zimna. Atrakcyjna miejscówka, nie ma co...

Emilia Walczak, przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004

środa, 27 października 2010

Dlaczego Bydgoszcz nie znalazła się wśród pięciu najbardziej kulturalnych miast Polski?

Komentarz Emilii Walczak, przewodniczącej koła bydgoskiego Zielonych 2004, zamieszczony w „Expressie Bydgoskim” dnia 27 października 2010 („Spojrzenie z bydgoskiej lewej strony”, s. 4):

Nie trzeba być ekspertem, aby wiedzieć, że po pierwsze, odpadliśmy z rywalizacji o tytuł ESK 2016 dlatego, że do konkursu przystąpiliśmy za późno. Poza tym w atmosferze zawiści wynikającej z odwiecznych animozji bydgosko-toruńskich, dla mnie całkiem niezrozumiałych. Ostatecznie konflikt nie przysłużył się ani nam, ani Toruniowi.

Po drugie, jeśli kulturę potraktujemy jako pewnego rodzaju „nadbudowę”, czyli szeroką ofertę kulturalną, w której możemy dowolnie przebierać i wybierać, niezbędna jest też solidna „baza”, czyli odpowiednie, atrakcyjne warunki dla „klasy kreatywnej”: artystów, animatorów kultury, wykładowców akademickich, architektów zbiorowej świadomości. Te warunki muszą być zapewnione w pierwszej kolejności przez włodarzy miasta, którzy powinni robić wszystko, aby uczynić miasto tolerancyjnym, otwartym na wszelkiego rodzaju nowości, na „inność” czy ekscentryczność. Różnorodność jest bowiem jednym z podstawowych gwarantów rozwoju współczesnych miast, w tym przede wszystkim rozwoju kulturalnego. Polityka kulturalna miasta powinna być oparta na demokracji i egalitaryzmie; równym dostępie do współtworzenia kultury i jej odbioru. Tu brawo za „pospolite ruszenie” bydgoszczan do prac przy przygotowywaniu aplikacji, a decydentom dzięki za konsultacje społeczne.

Jednakże pamiętajmy przy tym, że oferta kulturalna miasta nie powinna być nigdy zależna od gustów aktualnie rządzących, podlegać cenzurze ani służyć celom politycznym - tymczasem decyzja o przystąpieniu do konkursu zapadła prawie że tuż przed wyborami nowego prezydenta Bydgoszczy. Jest w tym wszystkim jakiś zgrzyt, jakbyśmy chcieli, a nie mogli. Myślę jednak, że jeśli będziemy mieli w głowach słowa-klucze, jak „równość” i „różnorodność”, jeśli będziemy współdziałać, a nie niezdrowo konkurować o granty na działalność kulturalną, to potencjału wyzwolonego w trakcie walki o tytuł ESK 2016 nie zaprzepaścimy.

czwartek, 7 października 2010

Migracja aborcyjna – sprawozdanie, z lewa zdanie…

Dnia 4 października 2010 roku, w nowo otwartej księgarni Ówczesna przy ulicy Długiej w Bydgoszczy, odbyła się debata poświęcona – choć to może niewłaściwie słowo, zważywszy na końcowe jej wnioski… A więc odbyła się debata na temat tak zwanej turystyki aborcyjnej, zainicjowana, było nie było, przeze mnie, a w której, oprócz mnie jako moderatorki (i znów Word podkreśla mi czerwonym szlaczkiem żeńskie formy!), udział wzięły: Anna Mackiewicz, radna Bydgoszczy, członkini Sojuszu Lewicy Demokratycznej i wiceprzewodnicząca Demokratycznej Unii Kobiet; mecenas Agnieszka Stefanowicz; pedagożka i edukatorka seksualna Monika Grabarek oraz Magdalena Marcinkowska – członkini bydgoskiego oddziału Partii Kobiet. Debata poprzedzała pokaz filmu „Przełamując ciszę”, zrealizowanego przez Federację na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny (Federę), pomysłu m.in. Wandy Nowickiej, prezeski tejże organizacji.

Ten nasz społeczny bydgoski event odbył się po trosze ze względu na wydarzenie, jakim było niedawne wysłuchanie obywatelskie na temat „Turystyka aborcyjna Polek” – zorganizowane przez Federę właśnie, dnia 26 sierpnia br. w Sejmie RP – a po trosze jako „przedłużenie” („Freud by się uśmiał”, rzekłby mizogin) publicznej debaty, jaką rozpoczęłam, było nie było, kurde, znowu ja, w listopadzie roku ubiegłego debatą na temat podziemia aborcyjnego i projekcją filmu „Podziemne państwo kobiet” (5 listopada, Teatr Polski w Bydgoszczy). Kto pamięta tamte wydarzenia, ten mógłby/mogłaby spytać, czy wyszłyśmy z Ówczesnej cało i bezpiecznie, zważywszy na ubiegłoroczny frondowo-expressobydgoski pucz. Otóż tak. Tym razem obyło się bez niepotrzebnych expressów, znaczy się: ekscesów. Nie było nas wiele, ale za to było bardzo, bardzo merytorycznie. Naprawdę warto było przyjść, posłuchać, popatrzeć. I wszystko to, hm, pro publico bono. Czyli za free.

No a kto nie był, ten trąba. No bo jak tu nie brać, jak dają?

Dla mnie niepojęte ;-)

Zaczęłam od spełnienia prośby dwóch czytelniczek (czytelników? Ach, ta fasadowość nicków…) portalu Feminoteki: żeby określenie „turystyka aborcyjna” zastąpić „migracją aborcyjną”, bowiem turystykę odbieramy przeważnie raczej jako coś przyjemnego, natomiast to właśnie migracja oznacza to, o czym miała być mowa – czyli przymusowe przemieszczanie się w poszukiwaniu bezpieczeństwa. Zgoda, wniosek przeszedł jednogłośnie.

Na początek Monika Grabarek wprowadziła nas w temat, co to takiego ta migracja, czym jest spowodowana. Następnie Agnieszka Stefanowicz opowiedziała o tym, jak zmieniało się polskie prawo, regulujące na przestrzeni lat dopuszczalność aborcji. Od kwestii prawnej przeszłyśmy do kwestii politycznej. Magdalena Marcinkowska przedstawiła pomysły Partii Kobiet na rozwiązanie „problemu”, na co atak przypuściły Monika wraz z Anną Mackiewicz. „Programowa, przymusowa seria konsultacji kobiety chcącej dokonać aborcji z psychologiem to nonszalancja w stosunku do mówienia o inteligencji kobiet w ogóle – to po pierwsze. A po drugie, to gra na zwłokę” – oburzały się adherentki lewicy.

Zapytałam o tzw. „komitety Bujaka”, czyli spontaniczny ruch na rzecz referendum w sprawie aborcji, jaki przetoczył się przez Polskę w roku 1992, największy po ‘89 zryw społeczeństwa obywatelskiego, kiedy to zebrano około dwóch milionów podpisów za depenalizacją aborcji, a którego efekt był taki, że… petycja została zignorowana przez Sejm. Jak można mieć zatem jakąkolwiek nadzieję na Zmianę? Jak można wierzyć w sukces tych ponad 180 tysięcy podpisów zebranych w zeszłym roku pod tzw. ustawą parytetową, podczas gdy ignorowane są w naszym kraju blisko dwa miliony podpisów?! Może rację ma Agnieszka Graff pisząca m.in. w „Magmie”, że „dziś nie mówimy już nawet o szansach na legalizację aborcji. Zastanawiamy się rozpaczliwie, jak przeciwstawić się projektom zakazania in vitro”, chcąc powstrzymać przyszłą potencjalną falę turystyki/migracji reprodukcyjnej?

Skrytykowany został Kościół katolicki, zaglądający kobietom pod spódnice. Poza tym potrzeba nam: pełnomocniczki/ka ds. kobiet, lub ds. równego traktowania – ale takiego/takiej z prawdziwego zdarzenia, a nie pani Radziszewskiej… Potrzeba więcej kobiet w parlamencie, bo to kobiety powinny mieć możliwość decydowania o życiu kobiet (Mackiewicz). Potrzeba edukacji seksualnej, podpartej dobrymi podręcznikami, jak chociażby „Nowoczesne wychowanie seksualne” Z. Lwa-Starowicza i K. Szczerby; potrzeba powszechnego dostępu do antykoncepcji; słowem: potrzeba pogłębienia świadomości. „Inaczej dziewczyny po stosunku nadal będą wprowadzać do pochwy tampon nasączony… domestosem” (Grabarek).

Tak, ja też byłam w szoku. Migracja aborcyjna to zatem też, prócz tego, że kwestia prawna i polityczna, również kwestia zdrowia publicznego. A na nim, jak widać, mamy poważny uszczerbek.

Wszystko to jednak, wszystkie te nasze rozpaczliwe postulaty od lat poddawane są spychologii. Dlaczego? „Jak nie wiadomo, o co chodzi, to chodzi o…” (Grabarek)…

I jak tu wierzyć w państwo prawa? Prawa… demokratycznego?

PS Niemniej, jak mawia klasyk, warto rozmawiać. I będę tego typu debaty społeczne inicjować dalej. Do upadłej. Tak mi dopomóż Bogini.

Emilia Walczak, przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004

poniedziałek, 13 września 2010

There is no TINA*

Rok temu z haczykiem udało mi się wybronić przed wycinką dwa drzewa rosnące przed klatką bloku, w którym wtedy mieszkałam. O sprawie pisała między innymi „Gazeta Pomorska” (http://www.pomorska.pl/apps/pbcs.dll/article?AID=/20090804/BYDGOSZCZ01/482943651). Minął rok z haczykiem, już tam nie mieszkam, ale drzewa wciąż rosną i rosną. A ja wciąż jestem w Zielonych 2004. Nadal bowiem wierzę, że inny świat jest możliwy. Choć to może kwestia dyskusyjna – wydaje mi się, że wraz z upływem czasu obrastam w jakieś przydatne mądrości życiowe. Wyklucza to zatem – chyba, mam nadzieję – potencjalną infantylność czy młodzieńczą naiwność wyżej wymienionego alterglobalistycznego hasła, jakie to łatki mógłby mu, temu hasłu, przypiąć jakiś zrzędo-sceptyk. A bo to ich mało, tych zrzędo-sceptyków? Zawsze się jakiś znajdzie, za każdym rogiem jeden się czai – żeby wyskoczyć nagle i z dezaprobatą pogrozić palcem w geście „nie, nie, nie, proszę się rozejść i wrócić pod miotłę, gdzie wasze miejsce, i tam cicho siedzieć”.

Tak, im jestem starsza, tym mocniej i mocniej wierzę, że istnieje alternatywa dla neoliberalnej globalizacji korporacyjnej, dla takiego status quo, na które wszyscy narzekają, ale nikt nic nie robi, by je zmienić. No właśnie. Już dochodzę do sedna sprawy. Cierpliwości!

Po zeszłorocznej interwencji w sprawie drzew rosnących przed moją byłą klatką, w tym roku przyszedł czas na kolejną (interwencję, nie klatkę). Nie wahałam się ani przez moment, kiedy w „Czasie Świecia”, lokalnym dodatku do „Gazety Wyborczej”, wyczytałam o planowanej przez radnych gminy Lniano wycince lip objętych ochroną, rosnących przy trasie Lniano–Tleń. W pół godziny napisałam list otwarty do pięciu instytucji, jakie podejrzewałam o to, że mogłyby być równie jak ja zaniepokojone zaistniałą sytuacją. (List do przeczytania na stronie internetowej Zielonych 2004 pod adresem: http://www.zieloni2004.pl/art-3807.htm). Odpowiedzi doczekałam się ze strony zaledwie jednej z nich – Regionalnej Dyrekcji Ochrony Środowiska w Bydgoszczy – w dodatku nie do końca klarownej (http://www.zieloni2004.pl/art-3816.htm). Ale nie o tym chciałam pisać. Po tym, jak poklęłam sobie w duchu na urzędnicze wygrzane stołki, zaczęłam rozmyślać w innym kierunku. Z jednej strony, w kierunku równie pesymistycznym, ale z drugiej – dającym jakąś nadzieję. Chodzi o reakcje moich znajomych na takie moje „akcje”: chodzi to, zbiera jakieś podpisy, wykłóca się, szarpie, pisze listy, wyrywa sobie włosy owładnięta trichotillomanią. „Fajnie – mówią – fajnie, zajebiście, że KTOŚ COŚ ROBI, super. Mi wycięli pod blokiem drzewa i nikt nic nie zrobił. Ach i och, co za zły świat”. Jak to: KTOŚ COŚ ROBI? No, ja na przykład robię, ale ty też możesz. On, ona, oni mogą. My możemy, wy możecie. Pomożecie?

Jesteś obywatelem/obywatelką – nie tylko możesz, ale i powinieneś/powinnaś. Co to za letarg, niewiara we własne możliwości, w ważność głosu jednego, pojedynczego, „szarego” człowieka, za którym nikt nie stoi? Że niby nie ma znaczenia: zbyt cichy, pozostanie niedosłyszany? Brednia. Przypomniało mi się, jak Darek Szwed, współprzewodniczący Zielonych 2004, objaśniał jakiś czas temu na Facebooku matematyczne podstawy polskiej DEMOKRACJI: „100 000 podpisów = 1 x 100 000 podpisów = 10 x 10 000 podpisów = 100 x 1000 podpisów = 1000 x 100 podpisów = 10 000 x 10 podpisów = 100 000 x 1 podpis. Dlatego każda i każdy z NAS jest tak ważna i ważny dla PRZYRODY – Ty decydujesz, w jakim KRAJU mieszkasz!”.

Dobre, lubię to. I będę dalej chodzić, zbierać jakieś podpisy, wykłócać się, szarpać, pisać listy i wyrywać sobie włosy owładnięta trichotillomanią – tak długo, aż to zrozumiesz, że możesz, że warto, i połączymy nasze siły w walce o inny, lepszy świat dla nas i dla przyszłych pokoleń.

Emilia Walczak, przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004

***
* TINA − akronim slogan „There is no alternative” (z ang. nie ma alternatywy), który był używany przez Margaret Thatcher, byłą premier Wielkiej Brytanii. Slogan ten odnosi się do poglądu, że globalizacja ma opierać się na wolnym rynku i wolnym handlu, gdyż nie istnieje żadna alternatywa dla globalnego kapitalizmu. Zdobył on popularność wśród zwolenników neoliberalnego modelu globalizacji. Alterglobaliści uważają natomiast, że rzekomy brak alternatywy to chwyt retoryczny, mający na celu wyciszenie dyskusji nad kształtem globalizacji. Został ukuty opozycyjny wobec TINA slogan TATA! („There are thousands of alternatives!", z ang. istnieją tysiące możliwości), który nawiązuje z kolei do popularnego hasła alterglobalistów „another world is possibile” („inny świat jest możliwy”).
Źródło: Wikipedia