Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą kultura. Pokaż wszystkie posty

sobota, 19 lutego 2011

O (nie)czytaniu

W marcu 2009 roku blisko 6 tysięcy polskich 15-latków(ek) wzięło udział w przeprowadzanych z inicjatywy Organizacji Współpracy Gospodarczej i Rozwoju (Organization for Economic Cooperation and Development, OECD) w badaniach Międzynarodowej Oceny Umiejętności Uczniów (Programme for International Student Assesment, PISA). Badania te przeprowadzane są co trzy lata (pierwszy raz w 2000 roku), a ich zadaniem jest ocenia umiejętności uczniów i uczennic poszczególnych krajów w zakresie matematyki, nauk przyrodniczych i czytania. Z opublikowanych w grudniu ubiegłego roku wyników (a zaprezentowanych oficjalnie, w kancelarii premiera Tuska kilka dni temu) wyłania się niezwykle pozytywny wizerunek ucznia/uczennicy polskiego gimnazjum, szczególnie jeżeli chodzi o umiejętności czytania. Polska młodzież czyta ze zrozumieniem, potrafi pracować z tekstem i wynajdywać w nim oraz wykorzystywać odpowiednie informacje, radzi sobie z interpretowaniem i argumentowaniem odpowiedzi na pytania dotyczące tekstu. Te umiejętności są na tak wysokim poziomie, że wśród krajów Unii Europejskiej Polska uplasowała się na piątym miejscu (po Finlandii Holandii, Belgii i Estonii). Jednocześnie w porównaniu z pierwszymi badaniami PISA, przeprowadzonymi w 2000 roku, poziom umiejętności związanych zarówno z czytaniem, jak i z naukami przyrodniczymi i matematyką (z tym że poziom umiejętności matematycznych nie zmienił się w ogóle w porównaniu z badaniami z 2006 roku) zwiększył się najbardziej spośród wszystkich krajów należących do OECD. W uznaniu tak dużego postępu postanowiono przedstawić oficjalne wyniki badań z 2009 roku właśnie w Polsce. Ta uroczysta prezentacja danych i wniosków płynących z badań była pretekstem do wykazania i podkreślenia, że, jak to pięknie ujął premier Donald Tusk: „mądre decyzje (na palcach jednej ręki można by było policzyć…), żarliwe podejście do edukacji (to jakiś żart?!) i inwestycje przynoszą efekty (choćby po wyposażeniu szkolnych sal, pracowni i bibliotek, a szczególnie po wynagrodzeniach nauczycieli i nauczycielek, jak i generalnie po funkcjonowaniu polskiego systemu oświaty widać te inwestycje…)”.

W kontekście osiągnięć polskich uczniów i uczennic w badaniach PISA i przechwałek premiera Tuska bardzo ciekawie prezentują się opublikowane w tym tygodniu wyniki przeprowadzonych w listopadzie ubiegłego roku badań Pracowni Badań Czytelnictwa BN we współpracy z TNS OBOP, dotyczących czytelnictwa polskiego społeczeństwa. Wyniki są… druzgocące. Wynika z nich, że 56% Polaków i Polek przez cały zeszły rok nie miało kontaktu z książką (choć częściej po książki sięgają kobiety, bo „aż” 50%, wśród mężczyzn tylko 38%). 46% badanych przyznało, że w przeciągu ostatniego miesiąca nie miało do czynienia z tekstem dłuższym niż 3 strony maszynopisu lub 3 ekrany komputera. Tylko 2% badanych korzystało ze słownika… Najsmutniejsze jest to, że statystyki te dotyczą Polek i Polaków w każdym wieku, z każdym poziomem wykształcenia, pochodzących z dużych miast i ze wsi… Książek nie czyta więc młodzież w szkołach (nawet obowiązkowych lektur, ba! Nawet streszczeń!), nie czytają studenci (co nie jest nawet niepokojące, ale autentycznie przerażające!), nie czytają też osoby z wyższym wykształceniem (czyli po uzyskaniu stosownego papierka nie czują potrzeby dalszego rozwijania się i choćby śledzenia najnowszych ustaleń dziedziny czy nauki, w której się „specjalizują”)…

Czyli czytamy ze zrozumieniem, ale… nie czytamy. Dlaczego? Przede wszystkim polska szkoła nie uczy czytania książek. Przy wszelkich testach sprawdzających umiejętności czytania (jak PISA, czy matura z języka polskiego) pracuje się na krótkich tekstach lub fragmentach dłuższych prac. Uczeń/uczennica ma maksymalnie 3-4 stron tekstu, w którym musi wyszukać określone informacje, opcjonalnie je przetworzyć i zinterpretować. Po drugie – uczniowie i uczennice przygotowywani są właśnie „pod testy”. Są przyzwyczajeni do wyszukiwania słów wytrychów, pewnych kluczy, schematów. Szkoła nie uczy kultury czytania, nie tłumaczy dlaczego czytanie dłuższych tekstów (i to w taki sposób, żeby lekturę kontemplować, a nie nerwowo skakać po akapitach w poszukiwaniu słów kluczy) jest ważne, co nam daje, w jaki sposób może rozwijać nasze słownictwo, zainteresowania. Polska szkoła w tym „uczeniu pod test” zabrnęła już tak daleko, że (mniej lub bardziej wprost) przekonuje uczniów i uczennice, że nawet nie tyle nie trzeba czytać całych lektur, co nawet nie warto tego robić! Bo często znajomość szerszego kontekstu i całego tekstu, którego skromny fragment dany jest na maturze do zinterpretowania, może absolutnie zaszkodzić. Oddalić od modelu odpowiedzi, od wyciągnięcia wszystkiego tylko z tych kilkudziesięciu (czasem wyjętych z kontekstu) zdań. Szkoła nie wyrabia też nawyku czytania. Skoro blisko połowa Polaków i Polek deklaruje, że w ciągu miesiąca nie miała kontaktu z dłuższym niż 3 strony tekstem, oznacza to, że polska młodzież nie czyta nawet streszczeń lektur (ciężko jest mi sobie wyobrazić streszczenie „Lalki” czy „Potopu” na 2 strony…), a poza szkołą czy po zakończeniu edukacji nie szuka nawet takich tekstów, do których jest przyzwyczajona (czyli tych „testowych”, które mają mniej więcej 3 strony).

Powinniśmy absolutnie być dumni z wyników badań PISA, z postępów jakie udało nam się według tych badań osiągnąć w ostatnich latach. Natomiast powinniśmy dostrzec, że praca z krótkim tekstem to nie wszystko. Skąd mamy wiedzieć czy rzeczywiście umiemy czytać, skoro nie czytamy książek? Praca 3-stronnicowymi tekstami powinna pomóc nam w zdobyciu narzędzi, które wytwarzamy po to, aby móc czytać książki właśnie. Czytanie krótkich tekstów nie jest zatem celem, a jedynie środkiem jeżeli chodzi o naukę czytania. Skoro mamy już te narzędzia – wystarczy „tylko” nauczyć się z nich korzystać, co myślę uznane może zostać za mądrą decyzję, żarliwe podejście do edukacji i inwestycję przynoszącą efekty.

Marta Megger

środa, 10 listopada 2010

Miasto to nie firma. Co powie władza?

(Kultura miejska a partycypacja społeczna)

Zaproszona przez Michała Tabaczyńskiego do Teatru Polskiego w Bydgoszczy na konferencję o bydgoskiej kulturze, do bloku tematycznego „partycypacja społeczna”, zaczęłam zastanawiać się, o czym by tu poopowiadać, aby nie utonąć w nic niewnoszących w nasz żywot teoretycznych dywagacjach. Po krótkim namyśle postanowiłam pomówić więc o dobrych praktykach i tym samym zaplanować dla słuchaczy krótką wycieczkę do Berlina i powrót do Bydgoszczy przez Poznań (z ominięciem fragmentów tak zwanej „autostrady|” A2).

Dobra praktyka nr 1: Berlin, Kunsthaus Tacheles


Berlin, Kunsthaus Tacheles (fot. Emilia Walczak, sierpień 2009)


Zbudowany w latach 1907-1908, sławny dziś w środowiskach kultur oporu, budynek przy Oranienburger Straße w Berlinie, początkowo pomyślany był jako dom towarowy. Następnie mieściło się w nim centrum wystawiennicze pewnej niemieckiej spółki teleenergetycznej (wówczas budynek częściowo strawił pożar). Później dzisiejszy Tacheles służył nazistom. Doznał uszczerbków podczas wojen światowych, następnie niszczał, niszczał, niszczał, aż w końcu zaplanowano jego wyburzenie (w tym miejscu miała przebiegać droga). Aż tu nagle, w 1990 roku, na dwa miesiące przed planowaną detonacją, grupa Künstlerinitative Tacheles (Inicjatywa Artystyczna Tacheles) okupuje budynek i... przejmuje go.

Zostaje przeprowadzony remont, wykonana ciekawa aranżacja wnętrza i zewnętrza. Dziś mają tu dla siebie miejsce artyści i aktywiści. Funkcjonują kawiarnia, kino, jest przestrzeń wystawiennicza, miejsce na występy teatralne i performance; są pracownie artystyczne. Będąc w Berlinie, nie można tego miejsca pominąć. Koniec, kropka.

Dobra praktyka nr 2: Poznań, skłot Rozbrat

Latem 1994 roku poznańscy skłotersi zajmują barak przy upadłej hurtowni przy ulicy Pułaskiego. Zakładają coś w rodzaju domu opartego na idei komuny wolnościowej – razem gotują, wspólnie spędzają czas i tak dalej. Wiadomo. Wkrótce, stopniowo, zaczynają podejmować działania mające kreować i wspomagać skłot poprzez działalność zarobkową: organizują koncerty, pokazy filmowe, dyskusje, przedstawienia teatralne, prowadzą bibliotekę i własne wydawnictwo (dziś także gotują obiady dla bezdomnych i prowadzą bezpłatny warsztat rowerowy). Tak powstaje swoiste alternatywne centrum kulturalno-społeczne. Przychodzi jednak czas złowrogi. W listopadzie 2009 roku komornik (kimkolwiek on jest – wyobraźmy sobie w to miejsce np. Andrzeja Chyrę ;-)) postanawia zlicytować obiekt. Początkowo za 6 milionów złotych, następnie za 3,9 (na pierwszą licytację nie stawił się nikt, trzeba było obniżyć stawkę). Skłotersi organizują demonstrację. Stawia się na nią półtora tysiąca poznaniaków. Później drugą, równie liczną, pod hasłem: „Miasto to nie firma. Rozbrat zostaje!”. No i Rozbrat został. Na razie…

Hasło było reakcją na propozycję prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego względem skłotu i skłotersów: lokal zastępczy oraz działalność gospodarcza w ramach trzeciego sektora…

„Zdewastowane szopy bez dachu, jakieś ruiny” – powiedział o zaproponowanym budynku Jarosław Urbański z Rozbratu po wizji lokalnej („Gazeta Wyborcza Poznań” z 17.07.2010)*. Ale bardziej niż szopy razi tu propozycja podłączenia skłotersów-anarchistów do „systemu”. To wynik totalnego niezrozumienia prezydenta Poznania tego, czym jest, czym powinna być różnorodność kulturowa miasta.

Rozbrat to kwestia sporna, na pewno – anarchiści są poza „systemem”, tym samym poza prawem, bezsprzecznie mogą być solą w oku co poniektórych. Ale, jak pokazuje przykład Kunsthaus Tachles, tego typu ostoje kultury niezależnej są w mieście potrzebne (w przypadku Rozbratu: 2 x 1,5-tysięczne demonstracje = co najmniej 1,5-tysięczne zapotrzebowanie). Stanowią jaskrawy punkt na kulturalnej mapie miasta i sprawiają, że możemy mówić o wyżej nadmienionej różnorodności, a nie o jakimś instytucjonalnym szarym monolicie.

Swoją drogą, jak wiemy, wspomniany wyżej prezydent Ryszard Grobelny wsławił się w 2005 roku zakazem Marszu Równości w „swoim” mieście. Marszu Równości, a więc demonstracji, bez której w żadnym wypadku nie możemy mówić o demokracji, i demonstracji będącej publiczną reprezentacją zjawiska „(sub)kultury gejowskiej” – bo coś takiego przecież istnieje, ale o to najlepiej zapytać Michałów Witkowskiego lub Tabaczyńskiego).

I tu powoli klaruje się pytanie natury politycznej o Bydgoszcz: czy, a jeśli tak, to jak mogłoby u nas funkcjonować centrum kultury niezależnej, oparte na idei skłotu na przykład, usytuowane w przejętym pustostanie, jakich jest przecież wiele – nawet w samym centrum miasta (choćby hala, gdzie niegdyś mieścił się klub Propaganda, na bydgoskiej Wenecji). Trawestując słowa piosenki Natalki Kukulskiej: „Co powie władza? (czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, czy nie?)”.

* W miejscu tym w 2008 roku kilkunastoletni chłopak skrępował taśmą bezdomnego mężczyznę. Ten, pozostawiony samemu sobie, zmarł z zimna. Atrakcyjna miejscówka, nie ma co...

Emilia Walczak, przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004

środa, 27 października 2010

Dlaczego Bydgoszcz nie znalazła się wśród pięciu najbardziej kulturalnych miast Polski?

Komentarz Emilii Walczak, przewodniczącej koła bydgoskiego Zielonych 2004, zamieszczony w „Expressie Bydgoskim” dnia 27 października 2010 („Spojrzenie z bydgoskiej lewej strony”, s. 4):

Nie trzeba być ekspertem, aby wiedzieć, że po pierwsze, odpadliśmy z rywalizacji o tytuł ESK 2016 dlatego, że do konkursu przystąpiliśmy za późno. Poza tym w atmosferze zawiści wynikającej z odwiecznych animozji bydgosko-toruńskich, dla mnie całkiem niezrozumiałych. Ostatecznie konflikt nie przysłużył się ani nam, ani Toruniowi.

Po drugie, jeśli kulturę potraktujemy jako pewnego rodzaju „nadbudowę”, czyli szeroką ofertę kulturalną, w której możemy dowolnie przebierać i wybierać, niezbędna jest też solidna „baza”, czyli odpowiednie, atrakcyjne warunki dla „klasy kreatywnej”: artystów, animatorów kultury, wykładowców akademickich, architektów zbiorowej świadomości. Te warunki muszą być zapewnione w pierwszej kolejności przez włodarzy miasta, którzy powinni robić wszystko, aby uczynić miasto tolerancyjnym, otwartym na wszelkiego rodzaju nowości, na „inność” czy ekscentryczność. Różnorodność jest bowiem jednym z podstawowych gwarantów rozwoju współczesnych miast, w tym przede wszystkim rozwoju kulturalnego. Polityka kulturalna miasta powinna być oparta na demokracji i egalitaryzmie; równym dostępie do współtworzenia kultury i jej odbioru. Tu brawo za „pospolite ruszenie” bydgoszczan do prac przy przygotowywaniu aplikacji, a decydentom dzięki za konsultacje społeczne.

Jednakże pamiętajmy przy tym, że oferta kulturalna miasta nie powinna być nigdy zależna od gustów aktualnie rządzących, podlegać cenzurze ani służyć celom politycznym - tymczasem decyzja o przystąpieniu do konkursu zapadła prawie że tuż przed wyborami nowego prezydenta Bydgoszczy. Jest w tym wszystkim jakiś zgrzyt, jakbyśmy chcieli, a nie mogli. Myślę jednak, że jeśli będziemy mieli w głowach słowa-klucze, jak „równość” i „różnorodność”, jeśli będziemy współdziałać, a nie niezdrowo konkurować o granty na działalność kulturalną, to potencjału wyzwolonego w trakcie walki o tytuł ESK 2016 nie zaprzepaścimy.