Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestrzeń publiczna. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą przestrzeń publiczna. Pokaż wszystkie posty

środa, 29 czerwca 2011

Wolontariat dla demkracji, wolontariat dla Bydgoszczy

8 lipca w Bydgoszczy ma się odbyć impreza pod nazwą „Wolontariat dla demokracji” (pierwotnie „Wolontariat dla Europy”). Wydarzenie to ma inaugurować w województwie kujawsko-pomorskim przewodnictwo Polski w Radzie Unii Europejskiej i zgromadzi ponad 150 uczestników i uczestniczek z całej Unii.

Na wydarzenie składa się konferencja w Operze Nova oraz prezentacja bydgoskich organizacji pozarządowych na Starym Rynku.

O tym, że takie wydarzenie odbędzie się w Bydgoszczy, dowiedzieliśmy się z lokalnych mediów, które donosiły o tym już w lutym bieżącego roku. Na stronach Urzędu Miasta informacja o tej konferencji znalazła się dopiero w połowie czerwca, do bydgoskich organizacji do dziś nie dotarł żaden mail informujący o tym wydarzeniu.

Dwa tygodnie temu rozesłano pocztą (zwykłym listem, bez potwierdzenia odbioru) zaproszenia do 60 bydgoskich organizacji. Każda może zgłosić do udziału w konferencji w Operze jedną reprezentującą je osobę. Będzie to udział raczej bierny, choć podobno będzie można zabrać głos w dyskusji. Formularz zgłoszeniowy nie jest dostępny na stronach Urzędu Miasta, nie został rozesłany na maile (w ogóle nie ma rejestracji online – dołączony do zaproszenia formularz zgłoszeniowy należy wypełnić, zeskanować i dopiero wtedy przesłać na maila do UM…), więc tylko zaproszone 60 organizacji o zgłaszaniu wie i będzie mogło w konferencji brać udział.

Kwestia prezentacji na Starym Rynku – zaproszono tylko 10 (słownie: dziesięć) bydgoskich organizacji... Dlaczego tak mało? Bo na ogromnym Starym Rynku stoi ogródek piwny, którego nie usuną do końca wakacji i w związku z tym, według Urzędu Miasta, tylko 10 organizacji się zmieści... A sposób wyboru tych szczęśliwców? Są dwie wersje; koordynator tej części konferencji z rozbrajającą szczerością przyznał, że wybrał magiczną „10” według własnego uznania, a jego wybór zatwierdziła Rada Działalności Pożytku Publicznego (perypetie jej powstawania to inna, też ciekawa historia... W każdym razie organizacje też nie zostały w żaden sposób poinformowane, ze Rada się w końcu uformowała). Koordynatorka całego wydarzenia twierdzi jednak, że wybrano te organizacje, które mają najwięcej wolontariuszy/ek i generalnie zaproszono tylko te, które z wolontariatem mają coś wspólnego. Nadmieńmy, że baza NGO-sów dostępna na portalu ngo.pl podpowiada, że w samej tylko Bydgoszczy istnieje 186 fundacji oraz... 937 stowarzyszeń (a to i tak tylko te zarejestrowane na ngo.pl). Wśród nich, według Urzędu Miasta, jedynie 10 ma cokolwiek wspólnego z wolontariatem, 60 będzie miało zaszczyt robienia sztucznego tłumu w Operze, a reszta nawet na to nie zasługuje…

Dodatkowym smaczkiem jest fakt, że jednym z punktów oficjalnego programu imprezy jest prezentacja projektu jednej z bydgoskich fundacji, która – cóż za przypadek! – ma swojego przedstawiciela w Radzie Działalności Pożytku Publicznego. Dlaczego akurat ta i tylko jedna organizacja została tak wyróżniona?

Uważamy, że sposób organizacji tej imprezy stoi w sprzeczności z ideami demokracji i społeczeństwa obywatelskiego, które promować ma ta impreza. W jej przygotowanie postanowiono włączyć tylko kilka organizacji, wybranych odgórnie, według niejasnych kryteriów, w sposób nietransparentny, co pogłębia podział – i tak już zdezintegrowanego – bydgoskiego trzeciego sektora. W sposób niejasny i niesprawiedliwy wartościuje się w Bydgoszczy pracę poszczególnych fundacji i stowarzyszeń. Nie ma przepływu informacji ani dialogu między władzami naszego miasta a przedstawiciel(k)ami NGO-sów, bo Urzędowi Miasta na tym zupełnie nie zależy.

Koło bydgoskie Zielonych 2004

środa, 4 maja 2011

Psia polityka

Problem z psimi nieczystościami na chodnikach i trawnikach to problem dotyczący wszystkich polskich miast, z którym zdecydowanie trzeba walczyć. W Bydgoszczy walka ta niestety przerodziła się nie w walkę z psimi odchodami, ale… z samymi psiakami i ich właściciel(k)ami.

Spacery po Fordonie z Billem, moim 5-letnim labradorem, coraz częściej stają się dla nas źródłem nie odpoczynku i relaksu, ale stresu i nerwów.  Mimo tego, że zawsze sprzątam po swoim psiaku  – już nie raz zostałam skarcona za to, że mimo iż sprzątnęłam, to nie powinnam pozwolić, aby mój pies załatwiał się akurat w tym miejscu  – bo „pod moim oknem” (czyli przynajmniej dobrych kilkanaście metrów od ściany budynku), bo to za ładna trawa, bo tu ludzie chodzą, bo w pobliżu jest kościół (autentyczna uwaga, którą zdarzyło mi się kiedyś usłyszeć). Dochodzi do tego, że niektórzy mieszkańcy i mieszkanki mojego osiedla urządzają dosłownie dzikie awantury osobom spacerującym z psami o to, że mają czelność przechodzić z psami chodnikiem „pod ich oknami”, bo osiedla mieszkaniowe to nie jest miejsce na psy, które powinny przecież być poprzywiązywane do bud na wsiach, bo tylko tam jest ich miejsce…

Walka z psimi nieczystościami przerodziła się więc w walkę z posiadaniem psów w ogóle. I niestety wiele osób jedyny sposób na czystość w mieście widziałaby w prawnym zakazaniu posiadania psów w miastach…

W Bydgoszczy brakuje przemyślanek psiej polityki. Ba!, brakuje jakiejkolwiek psiej polityki! Dla mnie bowiem akcja „Pokaż klasę – sprzątaj po swoim pupilu”, która ogranicza się do drukowania plakatów i wystawianiu tabliczek informujących o tym, że należy sprzątać po swoim psie to nie jest coś, co zasługuje na miano miejskiej, psiej polityki. No tak – są jeszcze darmowe torebki na psie odchody. Szkoda tylko, że w Fordonie, w końcu największej dzielnicy, bydgoskiej sypialni,  dystrybutorów z woreczkami nie uświadczymy. Podobnie jest z koszami, do których można nieczystości wyrzucić – jest ich stosunkowo niewiele i są rozmieszczone bardzo nieregularnie. Psia polityka w Bydgoszczy to także wysokie kary nie tylko dla osób niesprzątających po swoich pupilach, ale także dla strażników miejskich, którzy czystości w swoim rejonie nie dopilnują.

Prawdziwa psia polityka powinna opierać się nie na karach, ale na edukacji. Powinna uczyć właścicieli odpowiedzialności za swoich czworonożnych przyjaciół. Powinna też uwrażliwiać ich na psie potrzeby i pomóc w ich spełnianiu (choćby w Poznaniu wydzielono w wielu parkach miejsca, gdzie można spuścić swojego psa ze smyczy, wprowadzono obowiązkowe i bezpłatne chipowanie psów, miasto wydaje publikacje z poradami dla właścicieli i mapami wspomnianych wcześniej miejsc, gdzie psiaki mogą się swobodnie wybiegać). Wszystkich mieszkańców i mieszkanki powinna natomiast uczyć tego, że psy to też obywatele i obywatelki naszego miasta, którzy mają prawo do korzystania (oczywiście na określonych warunkach) z przestrzeni miejskiej. Taka uwrażliwiająca psia polityka pomoże nie tylko w pozbyciu się problemu niesprzątniętych psich kup, ale także nauczy ludzi empatii w stosunku do zwierząt i uświadomi, że są to żywe istoty, nasi sąsiedzi i sąsiadki, którzy mają swoje prawa i obowiązki, jak każde z nas. Ten aspekt powinien być szczególnie ważny w czasach, kiedy coraz częściej dochodzi do bestialskiego traktowania (bicia, głodzenia, maltretowania i mordowania „dla zabawy”) zwierząt.

Marta Megger

wtorek, 1 marca 2011

Czy market może ożywić centrum miasta?

Podczas ostatniego posiedzenia Komisji Gospodarki Przestrzennej bydgoskiej Rady Miasta Maciej Grześkowiak (radny, Miasto dla Pokoleń, jeszcze nie tak dawno wiceprezydent – zastępca Konstantego Dombrowicza) przekonywał, że w Bydgoszczy potrzebne są… kolejne galerie handlowe! I nie poprzestał na tym twierdzeniu – według Grześkowiaka markety potrzebne są… w centrum miasta! „Bo ożywiają centrum”.

Radny widzi to następująco: „Małżeństwo pojedzenie do Drukarni, zaparkują pod nią samochód. Żona zajrzy do butików, a mąż wyskoczy do Empiku czy ulubionego kaletnika w bramie przy Dworcowej. Później kupi lekarstwa w aptece »Pod Łabędziem«”. Zaciskając zęby postaram się pominąć podejście do kwestii tego „co mężczyźni”, a „co kobiety”, postaram się pominąć także zupełnie niezrozumiałą aprobatę dla przyjeżdżania samochodem do centrum, żeby odwiedzić centrum handlowe (?!) i skupić się wyłącznie na tym, że Grześkowiak nie ma racji także co do meritum swojej wypowiedzi.

Zaglądająca do butików żona kłóci mi się po prostu z wyobrażeniem męża wyskakującego do „ulubionego kaletnika”. Nie po to żona zagląda do butików, żeby mąż wyskakiwał do „ulubionego kaletnika”! Wszystko jest takie tanie, same promocje, a społeczeństwo się bogaci… Coś się zepsuło? Kupi się nowe! Nie uwierzę, że małżeństwo przyjeżdżające do centrum (samochodem!), żeby wpaść do Drukarni, odwiedza kaletnika. Nie uwierzę. Dlatego przyjechało do centrum handlowego, żeby mieć wszystko pod ręką, w jednym miejscu. I żeby nie chodzić po „ozdobionych” przez psy ulicach, na dodatek jeśli jest zimno i pada deszcz, tylko przespacerować się po pięknie błyszczącej posadzce, kupić nowy, ekstra-tani ciuch u ekspedientki, która mimo marnego grosza z wypłaty, nie ma prawa nawet na moment przestać się uśmiechać. W takiej perspektywie – małżeństwo nie odwiedzi kaletnika. Nawet jeśli jest „ulubiony”!

Na szczęście wizja ta spotkała się z krytyczną reakcją innego radnego, Piotra Króla (Prawo i Sprawiedliwość): „Pójdzie człowiek do Focusa, tam zrobi zakupy, przespaceruje się i zje. [Focus] ożywił śródmieście? Chyba tylko zwiększył ruch na ulicach!”. Celnie. (Chociaż później stwierdził także, że „tylko parkingi są w stanie ożywić centrum” – tylko, że gdyby zamiast Focusa zrobić wielki parking, samochodów byłoby jeszcze więcej).

Dyskusję na ten temat sprowokował najnowszy raport Miejskiej Pracowni Urbanistycznej. Radni porównali liczbę sklepów wielkopowierzchniowych w Bydgoszczy i innych polskich miastach. Z analizy tej wynika, że w Bydgoszczy… „jest jeszcze miejsce na kolejne sklepy”. „Bydgoszcz ma jeden z najniższych poziomów nasycenia marketami w Polsce”. Czy dla bydgoszczanek i bydgoszczan jest to odczuwalne? Czy jest widoczne? Czy jest uciążliwe? Proszę, panowie radni, zapytajcie najpierw ludzi czy potrzebują więcej. Spójrzcie na centrum miasta, które wieczorami wygląda niemal jak Prypeć – miasto w którym mieszkali pracownicy elektrowni jądrowej w Czarnobylu, obecnie opustoszałe. Pustka! Ciemno wszędzie, głucho wszędzie…

Oddajmy znowu głos radnemu Królowi: „Markety tworzą wyrwę w strukturze handlu, niszczą kupców detalicznych (…)”. Czy oby na pewno? Z twierdzeniem tym polemizuje architekt miasta, Piotr Łucka, który widzi sytuację trochę inaczej – duże sklepy mogą jego zdaniem pomóc (!) kupcom: „Długa jest dziś przestrzenią znikąd donikąd. Mogłaby być ożywiona przez niewielkie centrum handlowe. Z miejscami parkingowymi (…)” (on naprawdę tak powiedział, niczego nie przekręciłem!). To jak? Na płycie Starego Rynku pewnie nie uda się niczego wybudować, bo zaprotestują kombatanci. Może w takim razie „odbudujemy zachodnią pierzeję”?

Cała ta dyskusja, która znalazła także odzwierciedlenie w bydgoskich mediach, pokazuje niemoc bydgoskich rajców. Widać problem, ale już brak pomysłów na jego rozwiązanie. Cieszy mnie, że jesteśmy o krok dalej – radni widzą, że centrum „umiera”, co więcej – traktują to w kategorii problemu. Nie mają jeszcze jednak pomysłu jak sobie z tym poradzić. Nieudolne próby (propozycje budowy nowych marketów, ponowna zmiana nawierzchni ulicy Długiej) nie zbliżają nas do poprawienia sytuacji, ale powodują „ruch” i wzbudzają dyskusję wokół tematu. Może w proces decyzyjny zaangażują się w końcu obywatelki i obywatele? Może to szansa na narodziny społeczeństwa obywatelskiego?

Marzy mi się, żeby przespacerować się wieczorem po Bydgoszczy pełnej ludzi – uśmiechniętych, siedzących w ogródkach kawiarni, bawiących się, spotykających się „na mieście” ze znajomymi, odwiedzających małe sklepiki w centrum... Tylko, że do tego potrzeba dobrego prawa, przemyślanej strategii działania, włączenia mieszkanek i mieszkańców w procesy decyzyjne i, co także nie bez znaczenia, zrezygnowania czasami z zysku finansowego na rzecz zysku społecznego. Marzy mi się miasto żywe i europejskie. Zgodzę się nawet, żebyśmy byli miastem „przeciętnym”, ale według europejskich standardów. Nie musimy wyprzedzać innych polskich miast pod względem powierzchni wielkich sklepów, jaka przypada na każdą mieszkankę i mieszkańca. A jeżeli już radni mają taki pęd, żeby wyprzedzać innych w statystykach – skupmy się na przykład na ilości doradców zawodowych (mamy 1,5 etatu doradcy na całe miasto!).

Paweł Fischer-Kotowski

Cytaty użyte w tekście (wypowiedzi Macieja Grześkowiaka, Piotra Króla i Piotra Łucki) zaczerpnięte z tekstu Aleksandry Lewińskiej pt. „Gdzie powinny powstać kolejne bydgoskie markety?”, Gazeta Wyborcza, 22 lutego 2011

poniedziałek, 31 stycznia 2011

Polowanie na czarownice: wieszają psy. Felieton przewrotny

Ostatnio zauważyłam u siebie takie, powiedzmy, zjawisko. Szybko nadmienię, iż słowo „zjawisko” odnajduję tu jako najbardziej adekwatne do zaistniałej sytuacji - chciałam z początku napisać „prawidłowość”, lecz nie wiem, czy nie mam w tym miejscu do czynienia raczej z pewną nieprawidłowością; aberracją, zwyrodnieniem. A chodzi o przyczepność. A raczej jej brak, tudzież postępujący zanik, objawiający się na dwu płaszczyznach (choć, przyznam, tu również nie mogę mieć żadnej pewności co do tego, czy nie chodzi raczej o jakąś równię pochyłą, w niewiadomym kierunku pochyloną, niżeli płaszczyznę horyzontalną, jaką P.T. Czytelnik miał zapewne przed chwilą przed oczami). Znaczne osłabienie przyczepności na płaszczyźnie (równi pochyłej) fizycznej, jakiego ostatnio boleśnie doświadczam, skutkuje u mnie tym, że dość często się przewracam, także w miejscach publicznych - co, zdaje się, zamortyzowało w końcu tezę wygłaszaną od lat przez rodzinę i znajomych: o moim niezrównoważeniu. To rzutuje, te fizyczne przewrotki, na płaszczyznę (równię; nie mylić z równowagą) psychiczną. A może raczej psychologiczną. Summa summarum, zmagać przyszło mi się ostatnio z własną psychofizyczną przewrotnością, poprzedzoną słabą przyczepnością. Nieczepianie się na płaszczyźnie (równi; bla, bla) psychologicznej zastąpione zostało u mnie znienacka zjawiskiem wtykania szpilek w najbardziej newralgiczne punkty sumienia moich adwersarzy (w przypadku odrzucających tezę o istnieniu wewnętrznego głosu nawołującego do zwykłej ludzkiej przyzwoitości, szpilki wtykam pomiędzy ich zwoje mózgowe, jeśli tylko uda mi się je odnaleźć). Zatem zaznaczam raz jeszcze, dla jasności sytuacji: nie czepiam się, bynajmniej. Próbuję zaledwie akupunktury - która i tak nie stanowi pełnoprawnej metody leczniczej, więc zapewne na niewiele zdadzą się te moje tu próby uzdrowienia sytuacji, związanej z...

No właśnie. Cała sprawa może wydać się dość śmierdząca. Przy czym źródło brzydkich zapachów jest zupełnie gdzie indziej, niż się wszystkim może zdawać. A zdawać się może, bo ktoś z góry wielkim palcem wskazał winnego, wroga. Według Wielkiego Palca winne i wrogie są psy. No i walka z psimi kupami na całej linii trwa. Ale polega ona głównie na zrzędzeniu, czepianiu się: śnieg stopniał i wyszły na wierzch bogate pokłady kup; to nie psy, to świnie, a fe. I: co za okropni niesprzątający po swoich czworonogach właściciele; to nie ludzie, to wilki, tfu, tfu. A ja widzę na ulicy, zaraz gdy wyjdę z domu, także opakowania po chipsach, sporych gabarytów części samochodowe, jak przedni zderzak czy reflektor, pozostałości po sylwestrowych fajerwerkach, choć już luty za progiem, jakieś szmaty, butelki, zużyte prezerwatywy. Nie, nie mieszkam na wysypisku śmieci, przynajmniej nie w ścisłym znaczeniu tych słów. A więc: czy tylko sprawa kup wyszła na wierzch spod śniegu? No, chyba nie. Tyle że zamiast sięgnąć do faktycznego źródła problemu, czyli braku kultury osobistej naszego społeczeństwa (że tak to szumnie określę) i do słabej jego edukacji w kierunku ekologicznym, projektanci opinii publicznej polują na czarownice. Zamiast wetknąć szpilkę w sumienie społeczeństwa, czepiają się psiego ogona. Ja radzę: plwajmy na tę skorupę kup i zstąpmy do głębi problemu. Jasne, że niesprzątanie po psach jest be, ale śmiecenie też - a o tym się nie trąbi. Potraktujmy sprawę ogólniej, żeby nie rzec: całościowo, kompleksowo.

Mój pies w trakcie spacerów ostatnio strasznie się stresuje, bo mijający nas przechodnie spoglądają w naszym kierunku spode łba, jako na źródło wszelkiego zła, epidemii AH1N1 oraz dziury ozonowej. Głowę dam, że gdyby projektanci opinii publicznej uczynili propagandową akcję skierowaną przeciwko, na przykład, gumom do żucia poprzylepianym do chodników, tak samo spode łba patrzono by na żujących gumę w miejscach publicznych. Etc., etc. Istna psychoza strachu.

Że tak już dosadnie na koniec to określę: Wielki Palec zaczął od pupy strony. W dodatku psiej. A psy są tu akurat Bogu ducha winne.

Emilia Walczak, przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004

środa, 10 listopada 2010

Miasto to nie firma. Co powie władza?

(Kultura miejska a partycypacja społeczna)

Zaproszona przez Michała Tabaczyńskiego do Teatru Polskiego w Bydgoszczy na konferencję o bydgoskiej kulturze, do bloku tematycznego „partycypacja społeczna”, zaczęłam zastanawiać się, o czym by tu poopowiadać, aby nie utonąć w nic niewnoszących w nasz żywot teoretycznych dywagacjach. Po krótkim namyśle postanowiłam pomówić więc o dobrych praktykach i tym samym zaplanować dla słuchaczy krótką wycieczkę do Berlina i powrót do Bydgoszczy przez Poznań (z ominięciem fragmentów tak zwanej „autostrady|” A2).

Dobra praktyka nr 1: Berlin, Kunsthaus Tacheles


Berlin, Kunsthaus Tacheles (fot. Emilia Walczak, sierpień 2009)


Zbudowany w latach 1907-1908, sławny dziś w środowiskach kultur oporu, budynek przy Oranienburger Straße w Berlinie, początkowo pomyślany był jako dom towarowy. Następnie mieściło się w nim centrum wystawiennicze pewnej niemieckiej spółki teleenergetycznej (wówczas budynek częściowo strawił pożar). Później dzisiejszy Tacheles służył nazistom. Doznał uszczerbków podczas wojen światowych, następnie niszczał, niszczał, niszczał, aż w końcu zaplanowano jego wyburzenie (w tym miejscu miała przebiegać droga). Aż tu nagle, w 1990 roku, na dwa miesiące przed planowaną detonacją, grupa Künstlerinitative Tacheles (Inicjatywa Artystyczna Tacheles) okupuje budynek i... przejmuje go.

Zostaje przeprowadzony remont, wykonana ciekawa aranżacja wnętrza i zewnętrza. Dziś mają tu dla siebie miejsce artyści i aktywiści. Funkcjonują kawiarnia, kino, jest przestrzeń wystawiennicza, miejsce na występy teatralne i performance; są pracownie artystyczne. Będąc w Berlinie, nie można tego miejsca pominąć. Koniec, kropka.

Dobra praktyka nr 2: Poznań, skłot Rozbrat

Latem 1994 roku poznańscy skłotersi zajmują barak przy upadłej hurtowni przy ulicy Pułaskiego. Zakładają coś w rodzaju domu opartego na idei komuny wolnościowej – razem gotują, wspólnie spędzają czas i tak dalej. Wiadomo. Wkrótce, stopniowo, zaczynają podejmować działania mające kreować i wspomagać skłot poprzez działalność zarobkową: organizują koncerty, pokazy filmowe, dyskusje, przedstawienia teatralne, prowadzą bibliotekę i własne wydawnictwo (dziś także gotują obiady dla bezdomnych i prowadzą bezpłatny warsztat rowerowy). Tak powstaje swoiste alternatywne centrum kulturalno-społeczne. Przychodzi jednak czas złowrogi. W listopadzie 2009 roku komornik (kimkolwiek on jest – wyobraźmy sobie w to miejsce np. Andrzeja Chyrę ;-)) postanawia zlicytować obiekt. Początkowo za 6 milionów złotych, następnie za 3,9 (na pierwszą licytację nie stawił się nikt, trzeba było obniżyć stawkę). Skłotersi organizują demonstrację. Stawia się na nią półtora tysiąca poznaniaków. Później drugą, równie liczną, pod hasłem: „Miasto to nie firma. Rozbrat zostaje!”. No i Rozbrat został. Na razie…

Hasło było reakcją na propozycję prezydenta Poznania Ryszarda Grobelnego względem skłotu i skłotersów: lokal zastępczy oraz działalność gospodarcza w ramach trzeciego sektora…

„Zdewastowane szopy bez dachu, jakieś ruiny” – powiedział o zaproponowanym budynku Jarosław Urbański z Rozbratu po wizji lokalnej („Gazeta Wyborcza Poznań” z 17.07.2010)*. Ale bardziej niż szopy razi tu propozycja podłączenia skłotersów-anarchistów do „systemu”. To wynik totalnego niezrozumienia prezydenta Poznania tego, czym jest, czym powinna być różnorodność kulturowa miasta.

Rozbrat to kwestia sporna, na pewno – anarchiści są poza „systemem”, tym samym poza prawem, bezsprzecznie mogą być solą w oku co poniektórych. Ale, jak pokazuje przykład Kunsthaus Tachles, tego typu ostoje kultury niezależnej są w mieście potrzebne (w przypadku Rozbratu: 2 x 1,5-tysięczne demonstracje = co najmniej 1,5-tysięczne zapotrzebowanie). Stanowią jaskrawy punkt na kulturalnej mapie miasta i sprawiają, że możemy mówić o wyżej nadmienionej różnorodności, a nie o jakimś instytucjonalnym szarym monolicie.

Swoją drogą, jak wiemy, wspomniany wyżej prezydent Ryszard Grobelny wsławił się w 2005 roku zakazem Marszu Równości w „swoim” mieście. Marszu Równości, a więc demonstracji, bez której w żadnym wypadku nie możemy mówić o demokracji, i demonstracji będącej publiczną reprezentacją zjawiska „(sub)kultury gejowskiej” – bo coś takiego przecież istnieje, ale o to najlepiej zapytać Michałów Witkowskiego lub Tabaczyńskiego).

I tu powoli klaruje się pytanie natury politycznej o Bydgoszcz: czy, a jeśli tak, to jak mogłoby u nas funkcjonować centrum kultury niezależnej, oparte na idei skłotu na przykład, usytuowane w przejętym pustostanie, jakich jest przecież wiele – nawet w samym centrum miasta (choćby hala, gdzie niegdyś mieścił się klub Propaganda, na bydgoskiej Wenecji). Trawestując słowa piosenki Natalki Kukulskiej: „Co powie władza? (czy znów się wykręci, czy dziecko zniechęci, czy nie?)”.

* W miejscu tym w 2008 roku kilkunastoletni chłopak skrępował taśmą bezdomnego mężczyznę. Ten, pozostawiony samemu sobie, zmarł z zimna. Atrakcyjna miejscówka, nie ma co...

Emilia Walczak, przewodnicząca koła bydgoskiego Zielonych 2004

wtorek, 28 września 2010

Inwigilacja nie zwiększa bezpieczeństwa

Podczas gdy w 2009 roku instaluje się w Bydgoszczy jedną trzecią kamer miejskiego systemu wideomonitoringu, wykrywalność „zdarzeń” w analogicznym czasie spada o 12%. Czy rzeczywiście monitoring jest najlepszym sposobem na zapewnienie bezpieczeństwa mieszkankom i mieszkańcom? Czy warto inwestować pieniądze w rozbudowę systemu inwigilacji obywatelek i obywateli, skoro okazuje się on nieskuteczny?

Ludzie, którzy dla tymczasowego bezpieczeństwa
rezygnują z podstawowej wolności, nie zasługują
ani na bezpieczeństwo, ani na wolność
Benjamin Franklin

W ciągu ostatnich pięciu lat na bydgoski system wideomonitoringu wydano już ponad 4,5 mln złotych, przy czym z roku na roku na system ten przeznacza się coraz więcej środków – w związku z rozbudową systemu oraz eksploatacją coraz większej liczby kamer. W zeszłym roku sama eksploatacja kosztowała prawie 190 tys. zł (dodatkowe 570 tys. zł przeznaczono na rozbudowę), podczas gdy w roku bieżącym wydatek ten – wiemy to już teraz – na pewno przekroczy 200 tys. zł. To bardzo dużo, mając na uwadze, że na system składa się tylko 88 kamer.

Jaka jest korzyść z tych wydatków? Chciałoby się odpowiedzieć – bezpieczeństwo! Otóż nie. I zdaje sobie sprawę z tego także Urząd Miasta, który w swoim sprawozdaniu nt. stanu rozbudowy i funkcjonowania monitoringu wizyjnego w mieście, nie stwierdza, że celem monitoringu jest zwiększenie bezpieczeństwa, a jedynie zwiększenie „poczucia bezpieczeństwa”. Zrobienie wrażenia, a nie rzeczywista zmiana.

Rada Miasta Bydgoszczy będzie w środę głosować nad przyjęciem tego sprawozdania. Możemy w nim przeczytać także m.in. jakiego rodzaju „zdarzenia” były najczęściej wykrywane w zeszłym roku dzięki miejskim kamerom – są to, kolejno:
a) nieprawidłowe parkowanie – 2280 razy;
b) spożywanie alkoholu w miejscach zabronionych – 1194 razy (nie mylić z kategorią „osoby nietrzeźwe” – 557 razy);
c) inne zdarzenia – 793 razy.

W porównaniu z poważniejszymi zagrożeniami – włamaniami do obiektów (3) i pojazdów (0), pobiciami i rozbojami (74), kradzieżami (9), czy dewastacjami mienia (35) – statystyka wypada blado. Dane te skłaniają do zastanowienia się nad skutecznością i sensownością zwiększania bezpieczeństwa (lub „poczucia bezpieczeństwa”) poprzez instalowanie nowych kamer. Poza inwigilacją przypadkowych pieszych, niewiele z tego systemu wynika. Istnieją skuteczniejsze sposoby zwiększania bezpieczeństwa w mieście.

Nie każda modernizacja jest dobra, nie każda nowoczesność wpływa na poprawę jakości życia. Ślepe podążanie za tym co nowe i efektowne, bez analizy zalet i wad danego rozwiązania, bez przemyślenia skutków i skuteczności, jest drogą donikąd, a nie innowacją.

Zamontować kamerę i powiedzieć, że od teraz będzie w mieście bezpieczniej jest łatwo. Nieco trudniej podjąć rzeczywiste kroki w kierunku poprawy bezpieczeństwa. Włączanie do życia społecznego grup wykluczanych, oświetlanie i dbanie o czystość ulic, wpływanie na zmniejszenie biedy oraz zacieranie różnic między bogatymi a ubogimi to elementy wpływania nie tylko na bezpieczeństwo. To także podnoszenie standardu życia mieszkanek i mieszkańców, tworzenie miasta otwartego i egalitarnego, w którym na bezpieczeństwo mogą liczyć wszyscy, nie tylko bogaci właściciele domków jednorodzinnych wybudowanych w zamkniętych osiedlach.

Zieloni proponują i oczekują skutecznej, kompleksowej polityki – każda decyzja i każde działanie władz mogą mieć wpływ na różne dziedziny życia mieszkanek i mieszkańców. Warto się nad nimi zastanowić, żeby dokonać właściwego wyboru. Także w kwestii miejskiego monitoringu – nie tak skutecznego, jak mogłoby się wydawać.

Paweł Fischer-Kotowski, przewodniczący koła bydgoskiego Zielonych 2004